Blog
Paweł Olbrych
Jeździec od 1977 roku. Właściciel koni od 1995 roku. Prowadzi stajnię od 2000 roku. W 2002 roku "przywiózł" do Polski polo, uklada konie do tej gry, organizator i animator wydarzen hipicznych. Corocznie organizuje turnieje polo, w czerwcu 2011 był organizatorem Pokazu Koni Arabskich w warszawskich Łazienkach. Członek stowarzyszenia Hippica Pro Patria, które realizuje szereg projektów obliczonych na konsolidację i rozwój polskiego przemsyłu konnego. Jest szczególnie dumny z tej nazwy, ponieważ przypisuje sobie skuteczną inicjatywę zmiany wcześniej funkcjonującej nazwy "przemysł koński" na zgrabniejszą "przemysł konny" :) Na życznie PZJ bywa sporadycznie prelegentem na szkoleniach organizowanych przez związek. Komentator transmisji polo w Eurosporcie. We wrześniu z grupą przyjaciół został udziałowcem spółki KOŃ POLSKI i obecnie z jeszcze szerszą grupą przyjaciół, ale z udziałem dotychczasowych redaktorów i autorów pracuje nad nową formułą pisma, w zamierzeniu wydawcy odpowiadającą na zmieniający się krajobraz polskiej hipiki.
02.02.2012
Przestrzeń
Naturalnym środowiskiem koni jest otwarta przestrzeń łąk i pastwisk. Nieliczne przypadki koni żyjących w lasach są bez znaczenia i można o nich zapomnieć. Mówiąc: mongolski czy ukraiński step, afrykańska sawanna, argentyńska pampa mamy na myśli wielkie przestrzenie porośnięte trawą – idealne miejsce dla roślinożercy i szukając odpowiedzi na pytanie dlaczego konie nie pozostały w lasach jak np. jelenie ten aspekt wydaje się nam decydujący o ich ewolucyjnym „wyborze”. Jednak dostępność pożywienia to tylko połowa prawdy.
Jak mało które zwierzę koń potrzebuje przestrzeni, bo tylko przestrzeń, możliwość dystansu do otoczenia, miejsce dokąd można uciec przed prawdziwym czy nawet urojonym zagrożeniem daje mu poczucie bezpieczeństwa.
Można powiedzieć, że koń jest urodzonym klaustrofobikiem – ciasne, zamknięte przestrzenie przerażają go. Oczywiście podobnie jak ludzi cierpiących na klaustrofobię można go z tym oswoić i pomóc znaleźć sposoby funkcjonowania w takich „nienaturalnych” warunkach, nie zmienia to jednak faktu, że dla końskiej psychiki i równowagi emocjonalnej nie ma nic lepszego niż możliwość przebywania na otwartej przestrzeni.
Żadna najbardziej nawet komfortowa stajnia nie zastąpi czasu spędzonego na wpatrywaniu się w horyzont lub przynajmniej w linię drzew oddaloną o kilkaset metrów. Potrzeba „odstępu” wynika z najważniejszego mechanizmu obronnego, którym koń dysponuje w razie zagrożenia – ucieczki. Przyparty do muru być może użyje zębów, kopyt ale jeżeli dać mu wybór broni – to ulubioną będzie ucieczka. Niebezpieczeństwo pojawiające się daleko pozwala na ocenę sytuacji: uciekać już czy jeszcze się chwilę przyjrzeć i zdecydować później „uciekamy czy zostajemy”.
Wilk czy pożar zauważony czy wyczuty w odległości kilku kilometrów nie jest zagrożeniem, lepiej zatem mieć taką możliwość. Przebywanie w krzakach, w których może się zaczaić drapieżnik to już śmiertelne niebezpieczeństwo. Im bliżej i bardziej nagle pojawia się potencjalne zagrożenie tym silniejsza potrzeba natychmiastowej ucieczki.
Żelazna logika: zagrożenie jest daleko – mamy czas mu się przyjrzeć i zastanowić. Zagrożenie jest blisko, nawet jeżeli jest to wypadający z krzaków spłoszony zając lepiej nie ryzykować i w nogi. Na przyjrzenie się „zagrożeniu” będzie czas potem.
Nieznajomość tej zupełnie naturalnej drogi postępowania przez ludzi obcujących z końmi i chcących z nimi pracować prowadzi do nieporozumień często wykluczających możliwość skutecznej komunikacji i porozumienia. Z jednej strony koń pozbawiony chociaż namiastki środowiska naturalnego będzie bardziej podatny na stres i utrwalony brak równowagi psychicznej, z drugiej strony człowiek będzie błędnie interpretował przyczynę niepożądanych czy nawet niebezpiecznych zachowań zwierzęcia a to skutecznie ogranicza, a nawet wyklucza postępy we współpracy. Jeżeli diagnoza jest błędna, trudno dobrać właściwe metody leczenia.
Bardzo wiele problemów, które napotykamy w pracy z końmi: zbyt silne parcie na kiełzno, uciekanie przed kiełznem, chodzenie bokiem, krzyżowanie, „wpadanie” do środka lub „wypadanie” na zewnątrz, itd. zaskakująco łatwo jest wyeliminować lecząc duszę konia a nie mnożąc godziny treningu.
Kiedy zdarza mi się naprawiać tak zwane trudne konie ich właściciele spodziewają się stosowania wyrafinowanych technik treningu. Nie chcąc ich rozczarować oczywiście dosiadamy koni i pracujemy z nimi, ale 90 procent sukcesu to uzyskanie przez konia wewnętrznego spokoju, mówiąc po ludzku: pogody ducha, a temu najlepiej służy przestrzeń.
W przypadku koni młodych, które nie miały żadnych doświadczeń (w tym negatywnych) widać to jeszcze bardziej wyraźnie: właściwie wszystkie ewentualne trudności wynikają ze stresu, lęku, obaw zwierzęcia, braku zaufania do otoczenia, w tym trenera i co za tym idzie z braku zaufania do własnych możliwości. Pamiętam jak przyjechały do nas dwa młode konie z Janowa Podlaskiego, właściciel Jarosław M. nie spieszył się z ich układaniem, zresztą konie były „zajeżdżone” - to znaczy dawało się na nie wsiąść ale jazda na nich w celach rekreacyjnych była w zasadzie niemożliwa. Konie rwały do przodu. Zatrzymywały się wyłącznie po kilkunastu metrów siłowania się. Niezależnie od typu kiełzna zadzierały głowy do góry, jakby chcąc je wypluć i z tak zadartą głową były niemal niesterowne. Obydwa wałachy były niczym bomby energetyczne. Wypuszczone na niewielki placyk koło stajni robiły wrażenie zawodowych morderców. Wierzgały, walczyły ze sobą (zdecydowaliśmy się je rozdzielić i dopiero po kilkunastu dniach były znowu wypuszczane razem), nie potrafiły ustać w miejscu sekundy i przez pierwsze dwie – trzy godziny pokryte były pianą. Dawały co prawda złapać się ale zawsze trwało to kilka minut i było wynikiem zaganiania w kąt a nie współpracy.
Sytuacja powtarzała się przez pierwsze kilka dni, pozornie bez zmian, chociaż coraz bardziej widać było, że przybysze kontynuują swoje zachowania jakbyśmy powiedzieli „dla szpanu” a nie z wewnętrznej potrzeby. Tak jakby im było głupio wycofać się ze stylu w jakim zaprezentowali się stadu. Niby jeszcze wierzgały i popisywały swoją „odwagą”, która tak naprawdę była przecież oznaką ich niepewności, ale kątem oka łypały w stronę ludzi, którzy mogliby je już „zwolnić” z kontynuowania przedstawienia.
W takich okolicznościach często objawiają się herosi, którzy próbują rozpocząć pracę z koniem natychmiast. Metody w rodzaju: godzina poganiania do galopu na lonżowniku, obliczone na zmęczenie zwierzęcia, aby potem wsiąść na ledwo stojącego na nogach ucznia pozornie działa, ale wbrew pozorom opóźnia uzyskanie wyników na jakich nam zależy.
Koń może być fizycznie zmęczony, otępiały z wysiłku, skupiony na złapaniu oddechu a nie szukaniu zagrożeń po bokach lub na swoim grzbiecie, ale w jego głowie nie zmieniło się nic. Nie tędy droga.
Skorzystaliśmy z wyjazdu ich właściciela aby zastosować nasz ulubiony sposób pracy z młodymi końmi – nicnierobienie. Było lato więc konie spędzały na dworze całą dobę. Oczywiście pastwisko było ogrodzone ale z punktu widzenia relacji koń-człowiek ten pierwszy czuł się wolny a ten drugi bezradny. Przestrzeń był na tyle duża, że konie mogły skutecznie unikać kontaktu z próbującym się do nich zbliżyć człowiekiem.
Kilka razy dziennie odwiedzałem je. Pozornie bez celu chodziliśmy zachowując dystans i przyglądając się sobie. Czasem posiedziałem na trawie i nie narzucałem się ze swoim towarzystwem. Po tygodniu nasze stosunki uległy zmianie. Konie jeszcze udawały, że nie chcą kontaktu i jeżeli inicjatywa wychodziła ode mnie odchodziły. Co prawda już nie galopem czy nawet kłusem, ale stępem, jakby prowokując mnie do podążania ich śladem. Dopóki szedłem za nimi odchodziły, ale wystarczyło żebym stanął a podchodziły same, wciąż zachowując odległość kilku metrów.
Potem już poszło z górki – po kilku dniach konie chodziły za mną same, po kolejnych kilku zaczęliśmy się z nimi „bawić” a to w czyszczenie, a to rozczyszczanie kopyt, zakładanie i zdejmowanie kantara, wszystko oczywiście w warunkach „wolności” konia. Po trzech tygodniach od przyjazdu konie były jak baranki.
W przeddzień przyjazdu ich właściciela wsiadłem na oba aby sprawdzić jakiego rodzaju kiełzno pasuje im najlepiej i kiedy nazajutrz Jarek chciał ocenić nasze postępy, zobaczył dwa młode konie, oczywiście wciąż wymagające pracy, ale spokojne, ufne, dające się powodować w galopie na luźnej wodzy. Wsiadł na nie sam i pogratulował nam wyników. Do tej pory chyba nie wierzy, że przez trzy tygodnie siedziałem na tych koniach tylko raz.
Skuteczne okazało się nicnierobienie, to znaczy układanie konia przestrzenią, wolnością, czasem i cierpliwością. Tak przygotowane konie były gotowe do dalszej pracy. Przed nimi jeszcze była długa droga, ale pierwsze kroki były radosne, spokojne i przyjemne dla obojga: jeźdźca i konia.
Praca z koniem polega na stawianiu przed nim kolejnych wymagań, przekonywania go aby zrobił coś na życzenie. Niekoniecznie jest to coś nowego, czego w stanie dzikim nie umiałby zrobić. Zmuszony sytuacją do przeskoczenia kłody czy rowu koń sobie poradzi. Wiele z chodów i figur ujeżdżeniowych można obejrzeć podczas „końskich zalotów”, kiedy to ogiery i klacze tańczą ze sobą, wyginają szyję, akcentują kroki. Polo, które znam najlepiej to już czysta natura – pęd do przodu, gwałtowne zatrzymanie gdy sytuacja tego wymaga, szybki zwrot i pęd w drugą stronę. Takie manewry można obejrzeć na pastwiskach niemal codziennie.
Sztuka polega na wyegzekwowania od konia „kiedy” ma to zrobić, i w jakiej kolejności. Sytuacja przymusu jest dla konia stresująca a jedyny sposób jaki zna aby się wybronić to .. ucieczka. Stąd walka z kiełznem, próby pozbycia się jeźdźca, czy nawet mało precyzyjne wykonywanie poleceń, bo przecież trudno o precyzję kiedy koń skupiony jest na realizacji jednego życzenia – „muszę stąd uciekać i to jak najszybciej”.
Pobyt na otwartej przestrzeni nie tylko uspokaja konie, daje im również szansę uruchomienia procesu uczenia się „jak radzić sobie ze stresem i nową sytuacją” . Jeżeli ciasnota, brak przestrzeni, albo nawet czasowe ograniczenie możliwości korzystania z niej utrwala w zwierzęciu ciągły stres, napięcie, atmosferę oczekiwania na nowe nieznane zagrożenia – tym mocniej utrwala się w nim przekonanie o ucieczce jako jedynej metodzie radzenia sobie ze światem. Przebywając na otwartej przestrzeni koń dostaje szansę „zastanowienia się”. Nic nie pojawia się nagle. Wydarzenia dzieją się w bezpiecznej odległości. W leniwy letni dzień pojawia się pokusa „a może nie ma po co zrywać się do biegu, może popatrzmy i oceńmy? Zastanówmy się?” Jeżeli to doświadczenie większego bezpieczeństwa wynikające z przestrzeni połączyć z czynnikiem czasu – już po kilkunastu dniach koń ma za sobą doświadczenie setek, tysięcy sytuacji, w których zamiast uciec – przyjrzał się, przemyślał i wyciągnął wnioski.
Przestrzeń pomnożona przez czas to już postęp geometryczny. Jeżeli dodać do tego trzeci element – stado, którego zachowania dają jego członkom dodatkowy komfort, oparcie i wzorce do naśladowania, wpływ jak najczęstszego przebywania na otwartej przestrzeni w towarzystwie innych koni na zdolności do uczenia się i akceptowania nowych wymagań jest ogromny.
W psychice konia pojawia się element pożądany potem w treningu – ucieczka jest rozwiązaniem, ale doświadczenie uczy, że czasami można z nią chwilę poczekać i zobaczyć co dalej, szczególnie jeżeli jeździec wysyła uspokajające sygnały – sam przecież nigdzie nie ucieka.
Jest to naprawdę smutne, że często ci sami ludzie, którzy oburzają się losem dzikich zwierząt zamykanych w ciasnych klatkach ogrodów zoologicznych, podobny los gotują swoim koniom, których w dodatku uważają za swoich ulubieńców.
To prawda, że w dzisiejszych czasach, szczególnie w pobliżu wielkich miast trudno o stajnie czy kluby które są w stanie zapewnić koniom potrzebną przestrzeń – ale to nie powód, żeby takich nie szukać. Jeżeli argument o zdrowiu i komforcie psychicznym konia nie jest wystarczający, dobrze jest pomyśleć o bezpieczeństwie. Konie, które przebywają na wybiegu (dużym wybiegu) kilkanaście godzin dziennie rzadko (według moich doświadczeń nigdy) bywają agresywne i trudne w pracy.
Co to znaczy otwarta przestrzeń? Taka, na której zwierzę może „praktykować” wszystkie chody z cwałem włącznie, na której można się rozpędzić chociaż do kilkudziesięciu metrów cwałem, a więc kwatera pastwiskowa o długości 100 metrów wydaje się pewnym minimum. Oprócz terenu „do biegania” koń potrzebuje też terenu „do patrzenia” – jeżeli nie zawsze może przebywać na dużym wybiegu, niech przynajmniej układ mniejszych kwater pozwala mu zapatrzyć się w dal.
Zupełnym nieporozumieniem są stajnie centrach miast, albo nawet te dysponujące wybiegami, na których jednak konie goszczą przez pół godziny dziennie, gdzie spędzają życie w złotych klatkach, wykarmione, lśniące i wypastowane i smutnymi oczyma wołają „dajcie mi pobiegać”.





Aby dodać komentarz, musisz być zalogowany(a).